Podpadłeś, więc nie żyjesz
|
|
źródło: Nowa
Trybuna Opolska
data: 20 czerwca 2003
Urzędnicy z Opola chcą zniszczyć moją firmę tylko
za to, że nie wchodzę z nimi w układy - oskarża Czesław
Gabiga, brzeski przedsiębiorca.
Pan Czesław wywołał konsternację wśród opolskich elit,
kiedy podczas antykorupcyjnej debaty w Urzędzie Wojewódzkim
oskarżył opolskich urzędników (wymienionych z nazwiska)
o sugerowanie mu opłacania ich "pod stołem". Stwierdził
w obecności władz Opolszczyzny, że urzędnicy próbują
doprowadzić do upadku jego dobrze prosperującą firmę,
nękając go kolejnymi kontrolami.
- Wystarczy podpaść jednemu urzędowi, a potem już leci
jak domino - mówi. - Heniek dzwoni do Cześka, Czesiek
do Wieśka, Wiesiek do Ziuty, a Ziuta do Zbyszka. I już
masz w zakładzie szereg kontroli, które, jak bardzo
chcą, to zawsze coś znajdą.
Gabiga produkuje dźwigniki (podnośniki) dla warsztatów
samochodowych - należy do najlepszych w Polsce. Jego
urządzenia kupiły warsztaty kancelarii Sejmu, Senatu
i Rady Ministrów, spora część produkcji idzie na Zachód,
m.in. do Niemiec i Szwecji, Danii. Gabigę cenią wszędzie,
tylko nie na Opolszczyźnie. Tutaj, jak twierdzi, padł
ofiarą urzędników. Urzędnicy Wojewódzkiego Inspektoratu
Ochrony Środowiska zrobili mu sprawę w sądzie za to,
że nie wpuścił do zakładu ich kontroli. Nie wzruszył
ich argument, że w tym akurat dniu miał pogrzeb matki.
To "opolski układ" miał spowodować, że Urząd Dozoru
Technicznego wytyka mu od kilkunastu miesięcy rzekome
błędy w dokumentacji, by w efekcie doprowadzić do wydania
decyzji o wstrzymaniu produkcji w zakładzie, który prowadzi
od 28 lat.
- To przerażające, co ci urzędnicy z Opola sobą reprezentują
- mówi prof. dr hab. Eugeniusz Rusiński, dyrektor Instytutu
Konstrukcji Maszyn Politechniki Wrocławskiej, który
zaangażował się w pomoc Gabidze.
Pierwsze starcie
Pan Czesław został przedsiębiorcą na początku lat 70.,
pod wpływem widoku, jaki roztaczał się z okna jego dyrektorskiego
biura w brzeskim PKS-ie. Pewnego upalnego dnia z rosnącym
napięciem obserwował, jak dwóch robotników próbuje ściągnąć
z obręczy przyklejoną do niej ze starości oponę. Walili
10-kilogramowymi młotami po feldze, rzucali oponą po
całym placu, a w końcu, w desperacji, podpalili ją.
Tylko w ten sposób udało im się odzyskać obręcz.
- Wtedy, pod wpływem tego podwórkowego kabaretu, wymyśliłem
swój pierwszy patent, hydrauliczny ściągacz do zdejmowania
opon - opowiada Gabiga.
Pana Czesława bardziej ciągnęło do rzemiosła, niż do
dyrektorowania w socjalistycznej firmie, dlatego kiedy
zakład wysłał go na Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu,
notorycznie opuszczał wykłady. Skończyło się to na przykrej
rozmowie z pułkownikiem SB, a potem wyrzuceniem z pracy.
- Do dziś dziękuję temu pułkownikowi, bo dzięki tamtej
decyzji otworzyłem swój pierwszy zakład, w starej stajni
w Pisarzowicach - mówi Gabiga. - Moje ściągacze opon
zrobiły furorę na rynku, jeździłem z nimi na targi,
nakręciła mnie nawet telewizja. To był czas, kiedy nie
szło kupić jednego gwoździa na budowę bez łapówki. Jak
brałem ceowniki z huty, to obowiązkowo dawałem dyrektorowi
koniaczek, dziewczynom z biura czekoladki i kawę, a
portierowi na bramie pół litra żytniej. Ale wtedy było
nie do pomyślenia, żeby urzędnik żądał pieniędzy.
Kiedy w drugiej połowie lat 80. Gabiga zaczął eksportować
swoje hydrauliczne ściągacze za granicę, popadł w pierwszy
konflikt z urzędnikami. Ślad tamtej draki został w pamięci
pana Czesława i w archiwum "Polityki". 4 czerwca
1988 roku, w artykule "Kompletne nieporozumienie",
redaktor Wojciech Markiewicz opisuje, jak to opolski
Urząd Skarbowy rzuca kłody pod nogi brzeskiemu prywaciarzowi.
Gabiga wysyłał wtedy ściągacze do Związku Radzieckiego.
- Realizując te zamówienia, nie przypuszczałem, że
stanę się przestępcą finansowym - żalił się na łamach
"Polityki" Gabiga.
Brzeska skarbówka uznała, że zamówień pana Czesława
dla ZSRR nie da się sklasyfikować jako eksport i nakazała
mu zapłacić 10-procentowy podatek obrotowy. Gabiga pytał
prowokacyjnie: - Czy ZSRR to nie jest zagranica?
Słał pisma do ministerstw i wygrał - dzięki jego determinacji
dostrzeżono lukę prawną i załatano ją.
"Uprzejmie informuję, że decyzją ministra finansów
(...) zaniechano wobec inż. Czesława Gabigi poboru podatku
w naliczonej przez Izbę Skarbową wysokości, traktując
wykonywaną przez niego produkcję ściągaczy hydraulicznych
analogicznie jak produkcję eksportową" - pisał w liście
do "Polityki" Janusz Kotarski, doradca prasowy
ministra finansów.
Jak dokręcić śrubkę
W latach 90. Gabiga przestawił się na produkcję dźwigników
do warsztatów samochodowych. Rósł w siłę, towar brały
od niego największe koncerny paliwowe - Schell, Aral,
Elf, BP. Pan Czesław dawał pracę kilkudziesięciu brzeżanom,
zgarniał nagrody na największych targach.
Sądny dzień nadszedł 28 grudnia 2001 roku. Wtedy to
ministerstwo gospodarki wydało rozporządzenie, z mocy
którego producenci dźwigników muszą uzgadniać dokumentację
każdej produkowanej maszyny z Urzędem Dozoru Technicznego.
- Na początku byłem jeszcze dobrej myśli, bo nasze dźwigniki
sprzedawały się dobrze w Unii Europejskiej, gdzie doceniono
ich jakość certyfikatem bezpieczeństwa - mówi Gabiga.
- Poza tym Urząd Dozoru Technicznego traktował mnie
jak autorytet, przygotowywałem ich do podjęcia nowego
zadania.
Gabiga pokazuje pismo z 1 lipca 2002:
"Urząd Dozoru Technicznego oddział w Krakowie zwraca
się z uprzejmą prośbą o umożliwienie odbycia praktyki
w pańskim zakładzie naszym pracownikom. Celem praktyki
jest zapoznanie się z technologią wytwarzania dźwigników
oraz procedurą przeprowadzania badań przez kontrolę
jakości".
Z pierwszymi papierami do opolskiego oddziału UDT jeździł
zatrudniony na tę okazję inżynier konstruktor. Zawoził
dokumentację maszyny DHD 2.5, która była wtedy hitem
eksportowym, już od 1994 roku miała certyfikat jakości
niemieckiego urzędu dozoru TUV z Monachium. Jednak urzędnikom
z Opola ciągle coś nie pasowało w dokumentacji.
- Od 1945 roku na terenie Rzeczpospolitej, najpierw
ludowej, a teraz "obecnej", obowiązuje polskie
prawo - mówi Wojciech Piskorski, dyrektor opolskiego
oddziału UDT. - Niemieckie zaświadczenie jest honorowane
tam, a u nas to ma zerowe znaczenie.
- Mój konstruktor chodził do nich przez rok, a potem
zrezygnował, bo powiedział, że jest w tym urzędzie poniżany
- mówi Gabiga. - Nagle z doświadczonego eksportera zrobiłem
się małym żuczkiem, który ma się płaszczyć przed urzędem.
Urząd w Krakowie prosił mnie o porady i szkolenia, a
urząd w Opolu gnębił. Zięć, który też do nich jeździł,
po którejś wizycie w Opolu przyjechał do domu ze łzami
w oczach. Jeden z inżynierów miał mu powiedzieć tego
dnia: "jeśli tak to będziecie załatwiać, to nigdy
tej dokumentacji nie uzgodnicie". Byłem zdruzgotany.
- Jeśli urzędu nie można ugryźć, to trzeba to zrobić
personalnie - denerwuje się dyrektor Piskorski. - On
napisał na nas skargę do ministerstwa gospodarki, obraża
nas. Nasz dział prawny rozważa możliwość skierowania
wniosku przeciw panu Gabidze do sądu. A z tego, co wiem,
to on ma już jeden wyrok skazujący.
W pogrzeb i urodziny
Dyrektor Piskorski nie myli się. 30 czerwca 2002 roku
Sąd Rejonowy w Brzegu skazał Gabigę na karę grzywny
(pan Czesław nie chce płacić, więc grozi mu 250 dni
aresztu) za to, że "udaremnił wykonanie czynności
służbowych" kontrolerom Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony
Środowiska. Chcieli szukać na jego posesji zbyt głośno
pracującej betoniarki (taka wpłynęła skarga do WIOŚ),
choć Gabiga nie używał w zakładzie betoniarki (ma i
często jej używa sąsiad zza płotu).
Kontrolerzy zapukali do zakładu pana Czesława w dniu
pogrzebu jego matki. Był on wtedy na trasie A-4 w okolicy
Tarnowa, kiedy na jego komórkę zadzwonił zięć z informacją,
że inspektorzy domagają się natychmiastowego otwarcia
bramy. Zięć Gabigi też miał za chwilę wyjeżdżać na pogrzeb,
akurat pakował kwiaty do samochodu. Prośby żałobników
nie przekonały inspektorów. WIOŚ poszedł ze sprawą do
prokuratury, uznając, że uniemożliwiono im wykonanie
czynności służbowych.
- W prymitywnych cywilizacjach na czas pogrzebu przerywano
wojny - mówi brzeski przedsiębiorca. - Jak nazwać opolskiego
urzędnika, który składa na mnie doniesienie do prokuratury,
choć wiedział, że jadę na pogrzeb mamy. Tak zachował
się wobec mnie urząd, w którym pleniła się tym czasie
prywata. Pamiętam, bo opisaliście to w tekście "Królestwo
pieczątek".
Rzeczywiście, w ubiegłym roku napisaliśmy o praktyce
wykorzystywania stanowisk przez kontrolerów WIOŚ do
pomnażania własnych majątków. Do tekstu załączyliśmy
tekst reklamówki, jaką jeden z inspektorów wysyłał do
dyrektorów gminnych komunalek, zapewniając ich pod własnym
nazwiskiem, że dorabia na boku "po przystępnych
cenach".
- Dlaczego wybieracie prywatne oferty urzędników? -
pytaliśmy szefów zakładów komunalnych.
- Żeby WIOŚ się nie czepiał w trakcie opiniowania -
odpowiadali.
- Po co dawać zarobić prywaciarzowi, któremu potem kontroler
wytknie dziesięć różnych przecinków, skoro można zapłacić
człowiekowi z WIOŚ i mieć spokój.
Sąd rejonowy wyrokiem z 12 kwietnia 2001 roku uznał
Czesława Gabigę niewinnym zarzucanego mu czynu. W uzasadnieniu
asesor Witold Ginalski skrytykował postawę urzędników
WIOŚ:
"Zastanawiający jest ich upór i brak zrozumienia
dla sytuacji Cz. Gabigi, który w tym akurat dniu miał
inne obowiązki do spełnienia. Co więcej, inspekcja miała
na celu sprawdzenie informacji pochodzących od sąsiadów
oskarżonego i być połączona z badaniem poziomu hałasu.
W tym dniu nikt tam nie pracował, nie był włączony żaden
sprzęt, a więc cóż chcieli i mogli badać inspektorzy?"
Jednak prokuratura i WIOŚ (w charakterze oskarżyciela
posiłkowego) wnieśli apelację od tego wyroku. W efekcie
ten sam Sąd Rejonowy w Brzegu wydał 30 września 2002
roku skrajnie odmienny wyrok w tej samej sprawie. Teraz
Gabigę uznano winnym.
"Okolicznością zaostrzającą wymiar kary jest reakcja
na pouczenie o grożącej mu odpowiedzialności za uniemożliwienie
kontroli, gdzie powiedział, że na kontrolerów płaci
podatki i żeby go nie straszyć" - pisał w uzasadnieniu
sędzia Wojciech Małek.
Gabiga dostał ten wyrok w dniu swoich 65. urodzin.
Co tam profesor...
W tym samym czasie trwał pat w kontaktach z opolskim
Urzędem Dozoru Technicznego, który nie chciał Gabidze
zatwierdzić do produkcji pierwszego dźwignika, wykazując
kolejne usterki i braki w dokumentacji.
- Uparłem się, że nie dam im na boku zarobić - mówi
pan Czesław. - Ale nie wiedziałem, co dalej robić, oni
ustawili moją firmę na skraju przepaści. Podczas rodzinnej
narady w kuchni wpadłem na pomysł, że jak już muszę
komuś zapłacić, to dam dorobić wybitnym autorytetom
z Instytutu Konstrukcji Maszyn Politechniki Wrocławskiej.
Po tygodniu Gabiga, z uśmiechem na ustach, zawiózł do
opolskiego oddziału UDT ponad 100 stron dokumentacji,
podpisanej m.in. przez dyrektora instytutu prof. dr.
hab. Eugeniusza Rusińskiego i trzech doktorów.
- Dyrektor Piskorski chodził wokół stołu i krzyczał:
ileś pan za to dał! - mówi Gabiga. - Kiedy już się uspokoił,
powiedział mi, że on by mi to zrobił za pół ceny.
Według pana Czesława, dyrektor UDT przedstawił mu na
tym spotkaniu schemat współpracy:
- Dyrektor Piskorski robi dla mnie za pół ceny, ale
ja to autoryzuję, że to jest niby moja robota, bo jemu
formalnie nie można, a potem on to wszystko bez problemu
zatwierdzi - mówi brzeski przedsiębiorca. - Zapytałem
dyrektora: a wystawi mi pan fakturę, bo ja muszę mieć
koszty? Dyrektor się zdenerwował, przyjął oficjalnie
dokumentację prof. Rusińskiego i pożegnaliśmy się w
chłodnej atmosferze.
Dyrektor Piskorski stanowczo zaprzecza zarzutom Gabigi.
Mówi, że jeśli będzie go nadal publicznie szkalował,
to spotkają się w sądzie.
- Żaden z moich pracowników, ani ja sam, nie rozmawialiśmy
w cztery oczy z panem Gabigą - zapewnia dyrektor. -
Oczywiście nie padały z moich ust żadne podobne propozycje,
o których mówi pan Gabiga. Nie interesowała mnie cena,
za jaką politechnika wykonywała dokumentację. Stwierdziłem
tylko, że dokumenty podpisane m.in. przez pana profesora
nadal wykazywały braki.
UDT uznał, że ponad 100 stron dokumentacji wykonanej
przez Instytut Politechniki Wrocławskiej nie wystarcza,
by zatwierdzić Gabidze urządzenie, które już od dziewięciu
lat kupuje pół Europy. Kiedy urząd zaczął wykazywać
kolejne uchybienia, profesor Eugeniusz Rusiński sam
przyjechał do Opola, by wysłuchać argumentów urzędników.
- Ręce człowiekowi opadają, kiedy widzi, co się dzieje
w tym opolskim UDT - mówi profesor Rusiński. - Przecież
oni powinni pomagać przedsiębiorcy, zamiast blokować
sprawy w nieskończoność. Kilka razy miałem spotkania
z tymi panami i serce mnie bolało, że oni tak bezdusznie
podchodzą do pracy. Proszę sobie wyobrazić, że polski
przedsiębiorca, pan Gabiga, może produkować dla Niemiec,
czy Szwecji, a dla nas już nie, bo blokuje go kilku
urzędników, którzy reprezentują w dodatku bardzo niski
poziom. We wrocławskim UDT takie praktyki są nie do
pomyślenia.
Wojciech Piskorski, dyrektor UDT: - Z grzeczności nie
powiem, na jakim stanowisku zatrudniłbym u siebie pana
profesora. A doktorów, proszę pana, to w skali urzędu
mamy kilkudziesięciu, i to wcale nie na najważniejszych
stanowiskach...
Według Czesława Gabigi, podczas ostatniego spotkania
w opolskim UDT, na którym oprócz niego byli obecni prof.
Rusiński oraz dyrektor Piskorski, z ust dyrektora miały
paść, w konwencji żartu, bardzo dziwne słowa.
- Zapytał mnie - opowiada brzeski przedsiębiorca - czy
widziałem już, jaki piękny salon Mercedesa otworzył
w Opolu Wróbel. Dyrektor mówił, że dostał kalkulację
na jakiś typ mercedesa, ale to bardzo drogi samochód
i jeszcze mu sporo brakuje do pełnej sumy. Mnie te słowa
poraziły, choć to wszystko był mówione z uśmiechem,
jako żart. Profesor pytał mnie w samochodzie w drodze
powrotnej, czy ja słowa dyrektora odebrałem tak jako
on. Skinęłem głową.
Dyrektor Piskorski energicznym krokiem podchodzi do
biurka, podnosi słuchawkę i mówi, że dzwoni do prokuratury.
- Te zarzuty są nikczemne - mówi podniesionym głosem.
- Pan profesor to potwierdził? Nie wiem, czy dalej będę
ten wywiad robił. Powiadamiam prezesa Urzędu Dozoru
Technicznego z Warszawy, że są mi tutaj stawiane takie
bezpodstawne zarzuty. To przeszło moje oczekiwanie.
Po chwili dyrektor się uspokaja.
- W salonie Wróbla w ogóle nie byłem, był tam nasz pracownik,
który odbierał urządzenie - mówi. - Poprosiłem go, z
ciekawości, jako inżynier mechanik, jakby mieli tam
jakiś na zbyciu katalog, żeby mi przyniósł. Ale takiej
rozmowy, o jakiej mówi pan Gabiga, nigdy nie było.
Wpadł przez spawacza
Urządzenie o nazwie DHD 2.5 zostało po kilkunastomiesięcznych
bojach zatwierdzone przez opolski UDT, jednak nie za
darmo. Inspektorzy wpadli na nowy pomysł.
- Dyrektor powiedział mi, że UDT oficjalnie przeglądnie
całą dokumentację z politechniki i usunie błędy - mówi
Gabiga. - Wystawili mi za to fakturę na 5 tys. 160 złotych.
Za poprawienie błędów zapłaciłem więcej niż za ponad
100 stron dokumentów przygotowanych przez wybitnych
specjalistów z Instytutu Konstrukcji Maszyn Politechniki
Wrocławskiej. Na uczelni powiedzieli mi, że wrocławski
UDT za podobną pracę nie wziąłby więcej niż 600 złotych.
Ale ja w końcu uzyskałem to pozwolenie, choć policzyłem
sobie, że jak tak dalej pójdzie, to zbankrutuję.
Pan Czesław wyciąga kalkulator: - Produkuję ponad 40
typów urządzeń, na uzgodnienie dokumentacji jednego
wydałem ponad 10 tysięcy złotych. Wychodzi na to, że
za wszystkie zapłacił ponad 400 tysięcy!
Przedsiębiorca był jednak dobrej myśli, miał nadzieję,
że urząd, widząc jego determinację, "odpuści sobie".
Stało się jednak inaczej. Wiosną tego roku Gabiga, przeglądając
dokumentację, firmową zorientował się, że jednemu z
jego spawaczy skończyły się uprawnienia, że zapominał
je przedłużyć.
- Przygotowywałem się wtedy do targów w Poznaniu i Kaliningradzie,
w nawale obowiązków zdarzyło mi się to przeoczenie -
przyznaje Gabiga. - Chodziło o uprawnienia Marka Makowskiego,
mojego najlepszego spawacza, artysty w swoim fachu.
Natychmiast wysłałem go na egzamin do opolskiej firmy
"Profesja".
Marek Makowski, spawacz: - Kierownik tej firmy dał mi
jakieś dwie blachy do pospawania, które plątały mu się
pod nogami. Czułem się dziwnie, jakby mnie tam wszyscy
ignorowali. W końcu kierownik powiedział, że bardzo
dobrze mi wyszło i wróciłem do domu, myśląc, że wezwą
mnie po odbiór zaświadczenia, że zdałem ten egzamin,
albo wyślą mi go pocztą.
Wcześniej jednak w zakładzie Gabigi w Brzegu zjawiła
się kontrola z... UDT. Pierwszą rzeczą, jakiej zażądali,
były... uprawnienia spawacza Makowskiego.
- Powiedziałem im, że 21 maja mój spawacz miał egzamin
w "Profesji" i jeszcze nie mam w ręku certyfikatu
- mówi Gabiga. - Wtedy jeden z inżynierów odpowiedział:
"Ale Makowski nie zdał". Zapytałem wzburzony, skąd
on o tym wie, skoro ani spawacz, ani ja - jego szef,
jeszcze o tym nie wiemy. Wtedy ten urzędnik się zreflektował
i już nic nie mówił. Złapałem za słuchawkę i wykręciłem
numer do prezesa Tomasiewicza z "Profesji". On
mi potwierdził, że mój spawacz faktycznie nie zdał,
ale on nie chce rozmawiać przez telefon, tylko przyjedzie
do mnie w piątek do domu i wszystko mi wytłumaczy. No
i faktycznie, prezes przyjechał do mnie i powiedział
mi m.in.: "UDT pana nie lubi".
Dyrektor Piskorski z UDT po raz kolejny kręci z niedowierzaniem
głową. Mówi, że teorie Gabigi nadają się do lekarza.
Wyciąga z teczki pismo od prezesa "Profesji", który
11 czerwca 2003 oświadczył, że spawacz Makowski nie
zdał egzaminu, bo...
"...nie czekając na ocenę egzaminu wewnętrznego
dokonaną przez uprawnionego pracownika, opuścił teren
naszego ośrodka. W związku z powyższym nie zgłosiłem
do UDT Opole wniosku o przystąpienie spawacza do egzaminu.
Ocenę złącza próbnego dokonałem następnego dnia. Oświadczam
ponadto, że złącze próbne posiada niezgodności spawalnicze
takie jak podtopienia ciągłe od strony lica oraz porowatość
lica".
Dyrektor Piskorski z UDT: - No, widzi pan, i teraz mówienie,
że prezes Tomasiewicz jechał do Gabigi do domu, to jest
już, nie powiem co... - dyrektor śmieje się i kręci
głową.
Jan Tomasiewicz, prezes "Profesji", potwierdza
jednak, że był u Gabigi. Dodaje, że przelotem i przypadkowo.
- Byłem w Brzegu na szkoleniu - mówi prezes Tomasiewicz.
- Dostałem telefon z firmy mówiący o tym, że pan Gabiga
chciałby jakichś tam informacji zaczerpnąć. Zajrzałem
do niego chyba na piętnaście minut. Byłem rozmową z
panem Gabigą zbulwersowany, bo on zaczął mi insynuować
jakieś nieformalne powiązania z dozorem technicznym.
Wersja Gabigi wygląda tak:
- Przyjechał do mnie od domu, choć nigdy w życiu wcześniej
nie widziałem go na oczy. Powiedział, że Makowskiemu
faktycznie próbka nie wyszła, a kierownik, który go
pochwalił, "przekroczył swoje kompetencje". Prezes
Tomasiewicz zaproponował mi, że będzie mediował między
mną a UDT, żeby Makowskiego szybko dopuścić do kolejnego
egzaminu. Zażądałem od Tomasiewicza wydania próbki,
którą spawał Makowski. Prezes stwierdził, że ona gdzieś
zaginęła. Byłem oburzony. Powiedziałem prezesowi, że
za tym się kryje ludzki dramat, bo ja tego spawacza
będę musiał zwolnić z pracy.
Prezes Tomasiewicz: - Broń Boże, próbka nie zginęła.
Ja ją mam i trzymam na wszelki wypadek, aby jakieś grono
arbitrów chciało tego kiedyś ocenić.
- Pamiętam, że pan Gabiga mówił mi wtedy, że nie dopuścili
do egzaminu jego najlepszego spawacza, że zginęła próbka
z egzaminu i cała ta sprawa coraz bardziej go załamuje
- potwierdza prof. Eugeniusz Rusiński z Politechniki
Wrocławskiej.
Władzy prosto w oczy
Pan Czesław, już skrajnie roztrzęsiony, dowiedział się,
że w opolskim Urzędzie Wojewódzkim jest konferencja
na temat korupcji. Przeczytał, że będą najwyższe władze.
Jadąc do Opola, cieszył się, że spotka Ryszarda Zembaczyńskiego,
który wizytował jego firmę jeszcze za komuny, jako wicewojewoda.
Gabiga podnosił wtedy Zembaczyńskiego na wózku widłowym,
by mógł zajrzeć za płot, jaki bajzel ma na placu państwowa
firma, która z nim sąsiadowała.
- Ale niespodziewanie, jeszcze przed konferencją, dostałem
telefon od inżyniera Świeca z UDT - mówi pan Czesław.
- Poinformował mnie on, że w efekcie uchybień, stwierdzonych
w trakcie kontroli, będą zmuszeni zawiesić mi uprawnienia
do produkcji dźwigników. Ale dodał, że czekają na mnie
w urzędzie, że może jeszcze da się coś zrobić, bo nie
mają tej decyzji na piśmie.
Gabiga zadzwonił natychmiast do swojego mecenasa z Wrocławia.
Ten odradził mu wchodzenie w jakikolwiek układ z urzędnikami.
Poradził, żeby spokojnie czekać na to, "co tym
razem wymyślą panowie z UDT".
Gabiga jednak spokojny nie był. Wszedł na salę Opolskiego
Urzędu Wojewódzkiego z zamiarem wygarnięcia ponad 100
opolskim notablom, co tak naprawdę dzieje się w urzędach.
Załapał się na głos po mieszkańcu Krapkowic, który oznajmił,
że przesiedział 72 godziny w areszcie, bo popadł w konflikt
z tamtejszą policją budowlaną, która miała od niego
zażądać 6 tysięcy łapówki.
- Odnosząc się do problemu kolegi - powiedział brzeski
przedsiębiorca - muszę pana pocieszyć, że ja mam 250
dni do odsiedzenia tylko dlatego, że nie zgodziłem się
na kontrolę WIOŚ w dniu pogrzebu mojej matki.
Po czym pan Czesław w detalach opowiedział notablom,
jak jest męczony przez urzędników, którzy chcą zamknąć
jego firmę i posłać na bruk 20 pracowników. Julia Pitera,
prezes Transparency International Polska, stowarzyszenia
antykorupcyjnego, zaproponowała pomoc prawną.
- Sam fakt, że urzędnik dzwoni do domu do petenta jest
złamaniem prawa - mówi Pitera.
Tymczasem we wtorek, dzień po konferencji, Gabiga dostał
od inż. Świeca z UDT drugi i ostatni telefon z tą samą
propozycją. Gabiga znów ją zignorował. W ubiegły piątek
pan Czesław dostał pismo z UDT z decyzją o natychmiastowym
zawieszeniu produkcji.
- Nie wypieram się tych telefonów, bo nie widzę w nich
nic złego - mówi inż. Józef Świec z UDT. - Przeciwnie,
myśmy chcieli panu Gabidze pomóc. Również do innych
petentów dzwonimy, kiedy są braki w dokumentacji. Musieliśmy
wstrzymać Gabidze produkcję, bo w trakcie kontroli ujawniliśmy
nie tylko sprawę spawacza, ale także kilka innych uchybień.
Prof. Euganiusz Rusiński z Politechniki Wrocławskiej
zapowiedział, że w sprawie traktowania Czesława Gabigi
przez opolski Urząd Dozoru Technicznego będzie interweniował
u prezesa centrali UDT.
- Coraz mniej jest w Polsce tak prawych i pracowitych
ludzi jak pan Gabiga - mówi profesor. - Takim ludziom
trzeba pomagać. Dyrektor Wojciech Piskorski z opolskiego
UDT zastanawia się głośno, czy Czesław Gabiga jest zwykłym
pieniaczem, czy też może ma w swojej walce z jego urzędem
jakiś ukryty cel.
- Kto wie, czy nie ma on powiązań z jakąś europejską
organizacją techniczną - mówi dyrektor. - W końcu niedługo
wchodzimy do Unii, oni mogą być zainteresowani zdobyciem
rynku, który ma nasza organizacja.
Gabiga: - Walę głową w ten urzędniczy beton. Ale coraz
bardziej mnie ta głowa boli.
Dyrektor Piskorski: - Faktem jest, że chciałem panu
Gabidze pomóc, kiedy nie radził sobie z dokumentacją.
Okazać mu życzliwość, wskazać drogę rozwiązania problemów.
Ale wobec tego, co on teraz o mnie opowiada, pozostanę
już dla niego tylko zwykłym, chłodnym urzędnikiem.
Krzysztof ZYZIK
|