źródło: Rzeczpospolita -
JERZY MORAWSKI
data: 1 września 2003
Walcząc z korupcją, nie wolno zapominać o nepotyzmie, bo
zatrudnianie dzieci, żon i zięciów stało się w Polsce regułą
Kilka stanowisk w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie zajmują bliscy
członkowie rodziny naczelnika Wydziału Kadr. Dyrektor więzienia w Załężu
zatrudnił u siebie córkę i dwie siostry. W toruńskim Miejskim Przedsiębiorstwie
Oczyszczania pracuje córka prezesa tej firmy i jej mąż oraz syn wiceprezesa.
Naczelnik Urzędu Skarbowego w Sokołowie Podlaskim wymusił na prywatnym
przedsiębiorcy zatrudnienie swojej żony.
- Nepotyzm przybrał w naszym kraju takie rozmiary, że należy podjąć
zdecydowane kroki - alarmuje prof. Antoni Kamiński, były szef polskiego oddziału
Transparency International.
Familijnie w podkarpackiej policji i więzieniu
Nagminność rodzinnych powiązań w różnych instytucjach Rzeszowa
doprowadziła do narodzin hasła: "Idziemy pod rękę ze szwagrem i bratem,
a
unoszeni przez tatę". Nepotyzm wdarł się do tamtejszej Komendy Wojewódzkiej
Policji. Naczelnik Wydziału Kadr policji ma rodzinę w zasięgu ręki: zięcia
w
laboratorium, siostrę zięcia w kadrach i dwie szwagierki - jedną w kadrach,
drugą w finansach. Komendant wojewódzkiej policji Józef Jedynak zapytany przez
lokalną prasę o powiązania rodzinne w policji, odpowiedział: - Zbieram na ten
temat informacje.
Lesław Czachur, dyrektor znanego więzienia w Załężu, zatrudnił córkę, gdyż
-
jak oświadczył rzeszowskim "Nowinom" - łatwiej ją prześwietlić od
podszewki i
dokładnie sprawdzić niż osoby zgłaszające się z zewnątrz do pracy w zakładzie
karnym. - Mogą one być powiązane z grupami przestępczymi - powiedział. - Moja
córka ma predyspozycje do pracy w służbie więziennej. Została zatrudniona w
wyniku konkursu, uzyskując najwyższe notowania. Zna języki obce - dodał.
Dyrektor Czachur nie dostrzega również niebezpieczeństwa w tym, że zatrudnia
dwie siostry - jedną jako główną księgową, a drugą w sekcji kontroli finansowej.
Twierdzi wręcz, że lokalne klany rodzinne w więziennictwie to tradycja.
Podkarpacka Kasa Chorych podpisała kontrakt z dermatologiem Elżbietą
Latawiec, żoną dyrektora kasy Piotra Latawca. Tak więc do kasy - tym razem
rodzinnej - zaczęło wpływać dodatkowo 11 tys. zł brutto miesięcznie. Urząd
Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych uznał tę sytuację za naganną etycznie, ale
zgodną z prawem.
Również podkarpacka Samoobrona nie obroniła się przed nepotyzmem. W wyborach
samorządowych jej szefowa, posłanka Maria Zbyrowska, wstawiła syna na pierwsze
miejsce listy w okręgu, dzięki czemu został radnym sejmiku wojewódzkiego.
Podreperowała też budżet syna, gdyż załatwiła mu miejsce w radzie nadzorczej
Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Rzeszowie.
"Rzeczpospolita" opisała, jak ówczesny prezes Agencji Restrukturyzacji
i
Modernizacji Rolnictwa Aleksander Bentkowski "wzmocnił" kadrowo podkarpacki
oddział Agencji - zatrudniono tam pierwszą żonę brata Bentkowskiego. - To dobry
fachowiec, prawnik. Jest już sześć lat po rozwodzie z bratem - powiedział o
atutach eks-szwagierki prezes Bentkowski. W Nisku z kolei zastępcą kierownika
powiatowego biura ARiMR została Anna Gołąb, siostra Krzysztofa Gołąba, asystenta
prezesa Bentkowskiego. Brat podkreśla walory siostry: skończyła dwa kierunki
studiów, zna angielski i hiszpański.
W lubelskim oddziale ARiMR wicedyrektorem mianowano historyka Krzysztofa
Podkańskiego, syna Zdzisława Podkańskiego, jednego z liderów PSL. Zatrudniono
tam też 26-letniego Michała Osika, syna lubelskiego posła SLD Wiktora Osika.
Obsadzanie stanowisk pociotkami to nieuchronny proces dzielenia łupów przez
zawiązujące się w samorządach koalicje.
Na Lubelszczyźnie lider Samoobrony, poseł Józef Żywiec, poustawiał całą
rodzinę, nawet dalszą. Jego syn Piotr został kierowcą członka zarządu
województwa lubelskiego. Na dyrektora Wydziału Zdrowia tegoż urzędu powołano
68-letniego emeryta Janusza Kisielewskiego. Kisielewski jest stryjecznym
szwagrem posła Żywca.
Niektóre przypadki nepotyzmu zarejestrowane przez Transparency
International
- W 2001 roku w technikum dla dorosłych w Łapach do egzaminu
maturalnego przystąpiła spora grupa trzecioklasistów z dziennego liceum
ogólnokształcącego. Miał to być egzamin dojrzałości ostatni według starego
systemu. W komisji egzaminacyjnej zasiadali krewni trzecioklasistów.
- W Krakowie były prezydent miasta zrobił dyrektorem wodociągów swoją
żonę, z wykształcenia hutnika szkła.
- Dyrektorka warszawskiego liceum zatrudniała męża jako kierownika
internatu. Wkrótce zaczęli wynajmować szkołę na bankiety, a internat
zamienili w hotel.
- Były starosta żywiecki organizował przetargi, które wygrywały firmy
jego żony. W ten sposób fundusze przyznane na usuwanie skutków powodzi
trafiały do rodziny starosty. Firma jego żony budowała autostradę koło
Krakowa. Sprawą zajęła się prokuratura w Bielsku-Białej.
- Córka radnego gminy Ursynów bez przetargu wydzierżawiła działkę od
gminy.
- Przewodniczący rady warszawskiej gminy Centrum Ryszard Syroka z SLD
załatwił pracę bratu w spółce zarządzającej Pałacem Kultury.
- Jerzy Hertel (obecnie poseł PO) jako burmistrz gminy Centrum
odpowiadał za inwestycje. Jego żona Małgorzata Ławniczak-Hertel była w tym
czasie szefową komisji budżetowej gminy Centrum kontrolującej działalność
męża.
- Wiceburmistrz Ursynowa Janusz Nowak zatwierdzał projekty
architektoniczne wykonane w biurze architektonicznym swojej córki.
- W Przemyślu w radach nadzorczych spółek komunalnych zasiadały dzieci
radnych Przemyśla. Na przykład w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki
Cieplnej i MZK.
Rodzinne związki Opolszczyzny
Nepotyzm kwitnie też na Opolszczyźnie. Wiedzą
o tym mieszkańcy Opola,
którzy w wyborach samorządowych poparli Ryszarda Zembaczyńskiego z PO,
startującego na prezydenta miasta jedynie pod hasłem walki z korupcją i
nepotyzmem. Zembaczyński odniósł sukces w bastionie lewicy!
Dwa lata temu w prasie pojawiły się informacje sugerujące, że dzieci Anny
Denkiewicz, wiceprezydenta miasta i zarazem ówczesnego architekta miejskiego,
dzięki koneksjom rodzinnym uzyskały prawo do lokali handlowych położonych w
galerii nowo powstałego hipermarketu Real. Sprawa wróciła kilka dni temu, gdy
na
łamach "Nowej Trybuny Opolskiej" pojawił się artykuł mówiący o kolejnych
interesach dzieci lewicowych polityków w sieci hipermarketów wybudowanych w
czasie ostatniego roku rządów SLD w opolskim ratuszu.
- To jawny przykład wykorzystywania władzy do prywatnych celów - komentuje
radny Opola Janusz Kowalski ze stowarzyszenia Stop Korupcji. - Politycy, którzy
są za to odpowiedzialni, piastują dziś najwyższe stanowiska w województwie.
Były
prezydent Opola, zamieszany w aferę "Dobrych Domów", dzięki której
wyprowadzono
z firmy zawiadującej budową miliony złotych, był do niedawna wojewodą, a
wiceprezydent - marszałkiem województwa.
Po publikacjach prasowych na temat rodzinnych interesów byłych notabli z
opolskiego ratusza pełniąca obecnie funkcje marszałka województwa była
wiceprezydent Opola Ewa Olszewska poszła na urlop, a potem straciła stanowisko.
Wojewódzka komisja etyki SLD oświadczyła, że Leszek Pogan - były prezydent
Opola, do niedawna wojewoda - utracił mandat partii niezbędny do pełnienia
funkcji politycznych.
Mama daje kasę, córka jedzie do Brukseli
Mechanizmy współczesnego nepotyzmu dobrze ilustruje przykład otrzymania
posady w Biurze Informacyjnym Opolszczyzny w Brukseli przez 24-letnią córkę
dyrektorki opolskiego oddziału towarzystwa ubezpieczeniowego. Wcześniej
towarzystwo przekazało na biuro 50 tysięcy złotych. Od początku jedynym
pracownikiem placówki był Witold Rygorowicz. - Miesięcznie zarabiałem 2,5
tysiąca euro. Do tego urząd płacił za moje mieszkanie i utrzymanie biura -
wspomina.
Do Rygorowicza dochodziły z Opola sygnały o przygotowywanych zmianach na jego
stanowisku. Ponieważ zna kilka oficjalnych języków Unii, zgłosił swoją
kandydaturę na nowego dyrektora Biura Informacyjnego. Jednak nie wybrano żadnego
z kilku kandydatów. Podobno nie spełniali stawianych im wymagań. Rygorowicz
złożył wypowiedzenie. Kilkanaście dni później do Brukseli pojechała Marta
Chudzikiewicz - 24-letnia studentka, świeżo zatrudniona w opolskim urzędzie
marszałkowskim. Jak tłumaczono, kandydatka, mimo młodego wieku, zna języki
obce
i ma wystarczające kwalifikacje, zdobyte m.in. podczas kilkumiesięcznych staży
w
polskiej ambasadzie w Brukseli.
- Decyzję o wyjeździe Marty Chudzikiewicz podjęła osobiście marszałek
województwa Ewa Olszewska - zapewnia wicemarszałek Ryszard Galla. - O tym,
że to
poważne stanowisko powierzono tak młodej osobie, dowiedziałem się od
dziennikarzy. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony - zapewnia Galla. Niestety,
nie udało się nam skontaktować z panią marszałek Ewą Olszewską. Złożyła
rezygnację z pełnionej funkcji.
Jeszcze większe zaskoczenie wicemarszałka wywołały informacje zamieszczone
w
jednej z lokalnych gazet, ujawniające kulisy wysłania studentki do Brukseli.
Według gazety, pod koniec grudnia Towarzystwo Ubezpieczeniowe Heros przekazało
na funkcjonowanie biura 50 tysięcy złotych. Dyrektorem opolskiego oddziału
Herosa była matka Marty Chudzikiewicz.
- To prawda, że przekazaliśmy taką kwotę na działanie biura Opolszczyzny w
Brukseli - zapewnia wiceprezes TU Heros Jarosław Sztajger. - Prosiła o to
elektrownia Opole, którą od lat obsługiwała Chudzikiewicz. Ona też rozmawiała
o
szczegółach umowy z urzędem marszałkowskim. Nie miałem pojęcia, że ma to związek
z obsadzeniem posad przez dzieci naszych pracowników. Na coś takiego nigdy
nie
wyraziłbym zgody - dodaje.
Jak wynika z informacji Sztajgera, dyrektor Chudzikiewicz kilka tygodni temu
na własną prośbę zrezygnowała z pracy w Herosie.
Prezes elektrowni Henryk Szendera tłumaczy, że ustalenia w sprawie
finansowania brukselskiego biura poczynił jeszcze wtedy, gdy marszałkiem
województwa był Ryszard Galla. - Oświadczam, że nigdy nie rozmawiałem z panem
Szenderą na temat opolskiego biura w Brukseli, ani przed wyborami, ani też
po
nich - twierdzi wicemarszałek Galla.
W rozmowie z regionalnym radiem Marta Chudzikiewicz zapewniała słuchaczy,
że
powierzenie jej posady w Brukseli nie ma żadnego związku z wykorzystywaniem
układów rodzinnych, a jej kwalifikacje zapewniają odpowiedni poziom pracy
placówki.
Sprawa trafiła do prokuratury w Opolu. - Na razie nie ma mowy o korupcji czy
innych podejrzeniach. O ewentualnym wszczęciu śledztwa prokuratorskiego
zadecydują ustalenia policji, która będzie prowadzić postępowanie wyjaśniające
-
informuje Roman Wawrzynek z Prokuratury Okręgowej w Opolu. Według zapewnień
prokuratora na przebieg postępowania nie będzie miał żadnego wpływu fakt, że
mąż
byłej dyrektor Chudzikiewicz jest wysokiej rangi oficerem w opolskiej policji.
Ojciec chrzestny na toruńskim wysypisku
W Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania w Toruniu pracuje córka prezesa
tej spółki i jego zięć. Zatrudnienie znalazł też syn wiceprezesa oraz jego
ojciec chrzestny. W MPO pracuje również brat wiceprezydenta Torunia.
Córka prezesa MPO Ludwika Jurzysty jest referentem w księgowości. Zarabia
prawie 1,7 tys. zł netto. Jest absolwentką technikum ekonomicznego, kontynuuje
naukę na ekonomii toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Z kolei zięć
prezesa został specjalistą od BHP.
Prezes MPO w Toruniu tłumaczy, że ani córki, ani zięcia nie zatrudniał
osobiście, zrobił to ktoś inny, chyba z księgowości. To, że zostali tu
zatrudnieni, tłumaczy trudnym rynkiem pracy w regionie.
Od dwóch lat, obecnie jako kierownik zespołu ds. infrastruktury składowiska,
w toruńskim MPO pracuje Sebastian, syn Mieczysława Hyżyka, wiceprezesa tej
spółki. Jest dobrze wykształcony - absolwent ekonomii na UMK w Toruniu, zna
biegle niemiecki i angielski.
Prezes Jurzysta przyznaje, że osobiście zatrudniał syna swojego zastępcy.
Chciał mieć w firmie fachowca. - To bardzo zdolny człowiek - argumentuje. -
Ma
dopiero 25 lat, a już pisze doktorat o funduszach strukturalnych Unii
Europejskiej, które zamierza pozyskać nasza firma.
Rok wcześniej niż syn wiceprezesa MPO pracę w spółce rozpoczął jego ojciec
chrzestny Zdzisław Pierzchalski. Przypadło mu - jak tłumaczono w spółce -
stanowisko kierownika wysypiska, zgodnie z jego kwalifikacjami. Jest bowiem
po
technikum chemicznym, zdał też egzamin państwowy na kierowanie składowiskiem.
-
Wcześniej przez 30 lat pracował w toruńskim Polchemie, więc zna się na rzeczy
-
wyjaśnia Jurzysta.
- To bardzo niezręczna sytuacja - ocenia przewodniczący komisji rewizyjnej
w
Radzie Miasta Torunia Adam Banaszak. - MPO nie jest spółką prywatną, lecz
miejską, tym bardziej powinno się w niej zachowywać większą staranność w
zatrudnianiu pracowników. O tym, kto znajdzie w niej pracę, powinny decydować
przede wszystkim względy merytoryczne - dodaje.
Według Banaszaka sprawą powinna zająć się najpierw rada nadzorcza toruńskiego
MPO, a następnie prezydent miasta.
Michał Zaleski, prezydent Torunia, wezwał na rozmowę prezesa Jurzystę. -
Prezydent uznał, że prawo w MPO nie zostało złamane, a poza tym zatrudnienia
te
miały miejsce kilka lat temu, gdy nie był on jeszcze prezydentem - wyjaśnia
rzecznik prasowy prezydenta Marcin Czyżniewski. I dodaje, że prezydent Zaleski
nie będzie w tej sprawie podejmował żadnej decyzji.
Od lutego zeszłego roku w MPO w Toruniu pracuje Piotr Fiderewicz, brat
wiceprezydenta Torunia. Został zatrudniony z konkursu, jest brygadzistą
zamiataczek. Zapytany przez "Rz" i o ten przypadek, prezes Jurzysta
odpowiada: -
Był najpiękniejszy, dlatego dostał u mnie pracę.
- Tu sprawa wygląda nieco inaczej - tłumaczy Czyżniewski. - Kiedy Piotr
Fiderewicz dostał pracę w MPO, jego brat Zbigniew nie był jeszcze
wiceprezydentem miasta. A gdy nim został, natychmiast poinformował prezydenta
Zaleskiego o tej sytuacji.
Poseł Pęczak lokuje córkę
Profesor Antoni Kamiński, były szef polskiego oddziału Transparency
International, spotkał się z przykładami różnych odmian nepotyzmu. - Rodzinę
ustawia się nie tylko u siebie, ale i u przyjaciół - mówi.
Prof. Kamiński dodaje, że tego typu powiązania - pracę krewnych u kolegów
-
trudno wychwycić, pokazać i udowodnić. Znanym procederem jest zatrudnianie
w
swojej firmie dzieci kogoś, kogo względy czy przychylność chce się kupić.
Życie pokazuje jeszcze bardziej patologiczne sytuacje. W Sokołowie Podlaskim
przedsiębiorcę M. odwiedził naczelnik urzędu skarbowego i zaproponował, aby
zatrudnił jego żonę na fikcyjnym etacie. M. przystał na to. Kilkanaście miesięcy
płacił za żonę szefa urzędu skarbowego ZUS i przesyłał jej na konto pensję,
choć
nigdy nie pojawiła się w firmie. Postanowił jednak zerwać ten układ. Wówczas
naczelnik wymierzył mu takie podatki, że M. zorientował się, iż zbankrutuje.
Napisał więc do prokuratury doniesienie na siebie, że płacił łapówkę.
Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia. Milczało też Ministerstwo Finansów.
Nie pomogły interwencje Transparency International. Firma M. padła, a naczelnik
urzędu dalej jest na stanowisku.
Ponad 4 lata temu nieznany biznesmen z USA Dariusz Jasiczek wygrał przetarg
na kupno spółki skarbu państwa - tomaszowskiej Kopalni Surowców Mineralnych
Biała Góra. Nowy właściciel miał zainwestować 25 mln zł w bardzo dochodową
kopalnię. Nie zrobił tego w ustalonym terminie, co opisał "Dziennik Łódzki".
W
ubiegłym roku związkowiec z Białej Góry zwrócił się do posła Andrzeja Pęczaka,
ówczesnego szefa SLD w Łódzkiem i przewodniczącego Sejmowej Komisji do Spraw
Kontroli Państwowej, o pomoc w wyegzekwowaniu od Jasiczka pieniędzy na
inwestycje, które obiecał w umowie prywatyzacyjnej kopalni. Nie otrzymał
odpowiedzi. Miesiąc później członkiem rady nadzorczej kopalni została Barbara
Pęczak, córka posła. Dariusz Jasiczek, pytany przez dziennikarzy, w jakich
okolicznościach Pęczakówna została członkiem rady nadzorczej, powiedział, że
córkę posła poznał na nartach. - Jest osobą mającą wysokie kwalifikacje - dodał.
Obecnie Jasiczek, co potwierdził anonimowy urzędnik Ministerstwa Skarbu, usiłuje
renegocjować umowę sprzed 4 lat, by uniknąć wielomilionowej kary za
niewywiązanie się z niej.
- Demokracja opiera się na jasnych rozróżnieniach, na nieprzekraczaniu granic
- mówi prof. Antoni Kamiński.
Julia Pitera, obecna szefowa polskiego oddziału Transparency International,
mówi wręcz: - Każda osoba przyjmująca funkcję publiczną musi przyjąć
ograniczenia. Również dotyczące własnej rodziny.
Współpraca: Marek Szczepanik, Opole, Józef Matusz, Rzeszów, Grażyna
Rakowicz, Toruń, Błażej Torański, Łódź
Prof. Antoni Kamiński,socjolog, były szef polskiego
oddziału Transparency International, pracujący w Instytucie Studiów
Politycznych i Szkole Wyższej Psychologii Społecznej:
Kiedy patrzę na Polskę
międzywojenną, wydaje mi się, że wartości
uniwersalne, wysuwające na pierwszy plan działania w interesie państwa i
urzędu, blokowały tam skutecznie pokusy partykularne podpowiadające dbanie
o własną rodzinę, powodzenie dzieci czy przyjaciół. Stworzono dobre
urzędy, prokuratorię generalną, która bardzo skutecznie dyscyplinowała
administrację. Przy wszystkich błędach przedwojennego systemu miał on
jednak wielkie osiągnięcia.
Obecne czasy wyraźnie przechylają szalę na rzecz wartości
partykularnych, czyli związków rodzinnych czy układowych. A te powiązania
- co widzimy codziennie - zagrażają funkcjonowaniu nowoczesnego państwa.
Skala nepotyzmu, przedkładania związków rodzinnych ponad to, co wynika z
obowiązków służbowych, i sprzeniewierzanie się temu, za co pobiera się
pieniądze, jest bardzo duża. Nepotyzm przybrał w naszym kraju takie
rozmiary, że należy nie tylko bić na alarm, alei podjąć zdecydowane kroki.
Państwo bowiem - na przykład administracja i sądownictwo - źle funkcjonują
z tego powodu. To nie są powierzchowne obserwacje. Znajdują potwierdzenie
w raportach Banku Światowego czy Komisji
Europejskiej.
|